Z Pawłem Zarzecznym na Cyprze, czyli jak to 20 lat temu z Gmochem, Engelem, Rutkowskim i Piechniczkiem rządziliśmy

Na pogrzebie Pawła natknąłem się na „Karcza”, czyli Andrzeja Karczewskiego, emerytowanego dziennikarza działu sportowego PAP, najlepszego tenisisty wśród dziennikarzy (do dzisiaj gra w turniejach oldbojów i odprawia młodszych kolegów z kwitkiem - powiedział mi, że syn Pawła - Krzysiek gra w Konstancinie w klubie szachowym „Biały Koń”).

„Karczu” wbił we mnie dosłownie na progu kościółka na Bródnie, gdzie odbywała się msza pożegnalna Paula. Wyciągnął z kieszeni marynarki zdjęcie, na którym stał on - „Karcz” i Paweł. Stali przy ulicznym kramie z pamiątkami.

- Następnym będziesz ty - wypalił „Karcz”.

Zmroziło mnie. Jak to kolejnym? To co, teraz Paweł, a po nim ja? - pomyślałem.

- Na następnym zdjęciu byłeś ty - poprawił się „Karcz”, widząc moją konsternację. - To zdjęcie z Cypru, gdzie razem byliśmy na zgrupowaniu kadry Piechniczka - przypomniał.

Faktycznie, razem tam byliśmy. Był jeszcze z nami Robert Błoński, wówczas początkujący reporter „Gazety Wyborczej”.

Dwadzieścia lat temu. 1997 tok. Połowa lutego. Obsługiwaliśmy zimowe zgrupowanie reprezentacji Polski na Cyprze. Ja z „Przeglądu Sportowego”, Paweł z „Super Expressu”, „Karcz” z PAP-a i „Błona” z „Gazety Wyborczej”. Rezydowaliśmy wówczas w 4-gwiazdkowym hotelu, razem z kadrą, w Ayia Napie. Paweł z „Karczem” w pokoju. A ja z waletującym u mnie „Błoną” („Wyborcza” jakoś zawsze tak miała, że jak tylko mogła, to u każdego waletowała - „Błona” tłumaczył, że redakcja nie dawała mu pełnych diet na wyjazd - wiadomo, żydowska natura - i jak chciał jechać za granicę, to musiał sobie jakoś radzić - to znaczy waletować lub naciągać kolegów po piórze na pomoc; waletował więc „Błonka” u mnie w pokoju i jadał za friko, czyli na krzywy ryj choćby śniadania w hotelu). Paulo nie widział w tym nic zdrożnego. Nawet przypomniał historię z Euro 1992 w Szwecji, kiedy w Goeteborgu ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski, Andrzej Strejlau, mieszkający kątem w tanim przybytku, przechadzał się w kapciach przez ulicę do hotelu obok o znacznie podwyższonym standardzie na tak zwany szwedzki stół. Skoro więc selekcjoner polskiej drużyny narodowej mógł szukać w ten sposób oszczędności, to czemu mieliśmy bronić tego samego zabiedzonemu „Błonce”?

Wracając jednak do zdjęcia „Karcza”, to oczywiście ja je zrobiłem. Paulo szukał wówczas z „Karczem” pamiątek z Cypru. Akurat urodziła się Pawłowi, to znaczy urodziła mu Paulę żona Małgosia, więc szukał Paweł dla swoich miłości jakiegoś praktycznego suweniru z Wyspy Afrodyty. I znalazł... grające na wietrze ogrodowe dzwonki, które miały w domu w Zalesiu Dolnym Pawła i Małgosi usypiać w ogrodzie małą Paulinkę.

Miejscowe piwo „Keo”, wzmacniane brandy „Keo”, trzymało nas w Ayia Napie przy życiu. Podczas oficjalnego meczu tournee kadry z Cyprem, wygranego 3:2 po zażartej walce i golach Kucharskiego, Sokołowskiego oraz Kałużnego, mieliśmy problem z... oddaniem moczu na stadionie.

Jako że mecz odbywał się na skalistym boisku treningowym z jedną zamontowaną naprędce trybunką z budką spikera, musieliśmy ratować się szczaniem za zasłoną naturalną, kamuflując się przy tym nieporadnie przed dociekliwymi zawodnikami. Musieliśmy jedynie dokładnie ustalić kierunek wiatru, żeby sikać z zawietrzną, a nie pod wiatr, bo strugi moczu mogłyby nieopatrznie polecieć na nas, a przy okazji grających za naszymi plecami wybitnych reprezentantów Polski.

Odwiedziliśmy wtedy na Cyprze w Nikozji prowadzącego wówczas mistrza Cypru - APOEL Nikozja, Jacka Gmocha. Paweł znał „Szczenę” lepiej, napisał wcześniej pracę magisterką na podstawie książki byłego selekcjonera reprezentacji Polski „Alchemia futbolu”. Ja poznałem Gmocha podczas krótkiego pobytu w Atenach na finale Ligi Mistrzów AC Milan - Barcelona (4:0) w 1994 roku.

Gmoch przyjął nas na Cyprze po królewsku (jedynie jego żona w ich apartamencie w Nikozji nieco kwękała, więc Jacek postanowił ugościć nas w lokalnych tawernach). Najpierw była przystawka w knajpce przy pomniku Makariosa, a następnie „greckie wesele” na samej plaży w Larnace z rybnym wypasem, zatopionym w winie.

Potem była rewizyta Gmocha w tawernie w Ayia Napie, gdzie byliśmy gośćmi włodarzy Amiki Wronki, która akurat wówczas również miała obóz zimowy przygotowawczy na Cyprze.

Amica chciała wtedy zatrudnić Gmocha w roli trenera - zabrakło jej do tego fortuny, ale zdążyła wyprawić na jego cześć wystawny bankiet, w którym poza Jackiem Rutkowskim (dzisiejszym właścielem Lecha Poznań) i ówczesnym prezesem klubu Staszkiem Grynhoffem oraz menedżerem „Fryzjerem”, udział wzięli rzeczony Gmoch i rezydujący wówczas na Cyprze Jerzy Engel, obowiązkowo z nieproszoną żoną Urszulą, jedyną wówczas kobietą przy stole, a także redaktor Karczewski z PAP.

Co ciekawe, Engel, znakomicie wczuł się w rolę gospodarza imprezy i bez żadnego skrępowania zamawiał z żoną na koszt Amiki wymyślne greckie potrawy wraz z napitkami.

Uczta do pewnego momentu się układała, ale nagle Paulo zniesmaczony albo ciepłym winem a może zimnym suflaki rozgonił całe to towarzystwo, wyzywając amikowców od hitlerowców (Rutkowski na stałe mieszka we Frankfurcie nad Menem, a Grynhoff, wiadomo, już samo nazwisko wskazuje na niemieckie korzenie). Na szczęście prezes Staszek zdołał pokryć złotą kartą straty na froncie, czyli niebotyczny rachunek za wykwintną biesiadę.

Potem, po paru latach, Gmoch spotkał się z Paulem w studio Polsatu, podczas Mundialu 2002 na inauguracyjnym dla „Biało-Czerwonych” meczu mistrzostw świata, Polska - Korea Południowa (0:2). Paweł na mocnym rauszu (przed wejściem do polsatowskiego studia w Piasecznie co bardziej stremowani mogli dla kurażu pokrzepić się szklaneczką whisky na koszt zakładu, czyli gospodarzy programu), nakręcony dopingiem „Biało-Czerwonych", przydusił szalikiem na wizji eksperta Gmocha, a wcześniej wmawiał mu, że na piłce, to się zna tylko on - Pawka, a nie jakaś tam "Szczena".

W przerwie meczu Paulo już w studio się nie pojawił. Dyrektor sportu „Słonecznej Telewizji", Marian Kmita, wydał wówczas Pawłowi dożywotni zakaz polsatowy.

Ale to już historia na inne opowiadanie.

Jacek Kmiecik